strona główna Złote myśli, aforyzmy Cytaty, fragmenty adaptacje sceniczne polskie wydania polskie tłumaczenia autor - Edmond Rostand Cyrano de Bergerac - bohater adaptacje filmowe i inne ciekawostki - informacje linki

Cyrano de Bergerac Edmonda Rostanda w Polsce

Cyrano de Bergerac - AKT drugi
Paszteciarnia poetów

Le texte du drame on-line en polonais: acte 2.
Tekst w języku francuskim..

W podawanych na witrynie fragmentach tekstu zachowano ortografię z przedwojennych wydań dramatu.


Cyrano de Bergerac: Komedia bohaterska w 5-ciu aktach/ Edmond Rostand. Tł. Maria Konopnicka i Włodzimierz Zagórski. Warszawa: Red. "Gazety Polskiej", 1898. 11 x 16 cm. T. 1-2, 158 + 159 s.

Pełny tekst on-line w formacie PDF (akt drugi)
Pełny tekst w formacie Word (tom pierwszy)

Akt pierwszy ; Akt drugi ; Akt trzeci ; Akt czwarty ; Akt piąty


Streszczenie
za: Stanisław Marczak-Oborski: Iskier przewodnik teatralny. Warszawa: Iskry, 1971. s. 292- 293.

Paszteciarnia poetów. Przedmiot westchnień Cyrana, jego urocza i uczona kuzynka Roksana, wyznaczyła mu schadzkę w paszteciarni. Uszczęśliwionego zabijakę czeka bolesny zawód - Roksana zakochała się w pięknym, świeżo mianowanym kadecie, baronie Chrystianie de Nevillette. Znając zaś wojownicze obyczaje gaskońskich kadetów prosi kuzyna o opiekę nad wybranym i patronowanie ich miłości. Cyrano ze zranionym sercem spełnia jej prośbę. Ale urodziwemu Chrystianowi brakuje ogłady umysłowej i umiejętności czułego i jednocześnie wytwornego wysławiania się, czego oczekuje od kochanka wykwintna dama - Roksana. Cyrano znajduje bezinteresowną radę. On w tajemnicy użyczy młodzieńcowi poetycznych słów i zwrotów, by z nich dwu powstał jeden idealny bohater miłości.

Gospoda restauratora pasztetnika Ragueneau - jest to wielka sala na rogu ulic Saint-Honore i l'Arbre-sec, które widać w głębi przez szklane drzwi, zarysowujące się w pierwszych blaskach świtu. Po lewej na pierwszym planie bufet, nakryty baldachinem z kutego żelaza - wisi na nim pełno gęsi, kaczek i białych pawi. W wielkich wazonach fajansowych ogromne bukiety kwiatów pospolitych, przeważnie słoneczników. Po tej samej stronie, na drugim planie, olbrzymi komin, przy którym między podstawami, dźwigającemi rondelki, smażą się pieczenie w brytfannach.

Po prawej pierwszy plan z drzwiami. Na drugim planie schody, wiodące do małej salki na pół piętrze, której wnętrze widać przez otwarte okiennice, znajduje się tutaj stół nakryty, oświecony flamandzkim pająkiem; jest to gabinet, do którego wchodzi się na jedzenie i picie. Galerja z drzewa, będąca niejako przedłużeniem schodów, prowadzi niby do analogicznych salek.

W środku paszteciarni znajduje się wielka obręcz z żelaza, która można obniżać za pomocą sznura, obwieszona jest sztukami grubszej zwierzyny.

W piecach umieszczonych w cieniu pod schodami, pali się ogień. Radlę połyskują. Rożny się obracają. Przedmioty spożywcze, ułożone na półmiskach, piętrzą się w piramidach, szynki wiszą.

Chwila pieczenia porannego. Potrącanie się kuchcików. Ogromni kucharze i małe kuchciki pilnie się krzątają. Czapki przystrojone w pióra kurcząt lub pantarek. Na blaszanych tacach lub plecionkach znoszą co chwila stosy ciast i ciasteczek.

Stoły zastawione ciastami i potrawami. Inne, otoczone krzesłami, czekają na gości. W kącie mały stoliczek zarzucony papierami. Ragueneau siedzi przy nim w chwili podniesienia kurtyny i pisze.

SCENA PIERWSZA. Ragueneau, pasztetnicy, później Liza.

Ragueneau przy małym stoliku, zajęty pisaniem z mina natchniona, Uczy na palcach).

Pierwszy pasztetnik (wnosząc półmisek z pieczystem). Paw!

pasztetnik (wnosząc ciasta).
Nugat !

Trzeci pasztetaik (z dostatni śmietankowemi).
Śmietankowe !

Czwarty pasztetnik (wnosząc pasztety). Pasztet.

Piąty pasztetnik (wnosząc ciasta migdałowe).
Migdałowe !

Ragfueneau (przestając pisać i podnosząc oczy do góry).
Na radiach lśnią już świtu odblaski różowe. O Ragueneau! stłum  w sobie  boga, który nuci! Pieczenia teraz chwila, czas lutni powróci!
(Wstaje do jednego z kucharzy). Przykrótki  jest mi sos ten,   przedłużyć go trzeba.

Kucharz.
O ile?

Ragueneau.
O trzy stopy.
(Oddala się).

Kucharz.
Hę?

Pierwszy pasztetnik.
Tort!

Drugi pasztetnik.
Placki z chleba!

Ragneiieau (przed kominem)
Ty odejdź,   muzo   moja!   bo   ten żar płomieni kuchennych jeszczeć oczy nadobne zczerwieni!


Powyżej początek tekstu podano za:
Cyrano de Bergerac: Romantyczna komedia w 5 aktach / Edmond Rostand; Tł. Jan Kasprowicz; Wstęp Juliusz Bandrowski, L. Heller.
Warszawa: E. Wende i S-ka, [ok. 1913-1920].- 11 x 18 cm, XV, 369 s.

Za ilustracje serdecznie dziękuję Tomaszowi Sertillanges`owi!! - Merci Bien!

Poniżej fragment tekstu podano za:
Cyrano de Bergerac: Komedia bohaterska w 5 aktach wierszem / Edmond Rostand. Tł. Bolesław Londyński.
Warszawa: Druk Fr. Karpińskiego. 1898.
- 11 x 18 cm, 294 s.


Cyrano, kłaniając się.
Marszałek zna się na tem.

De Guiche.
Tak, ciekawą
Wieść tę przynieśli ci panowie, którzy
Widzieli ponoć rejteradę tchórzy.

Cuigy.
Na własne oczy.

Le Bret, zcicha do Cyrana, który zdaje się nie słyszeć pochwał.
Cierpisz?

Cyrano.
Milcz, przy tłumie!
(Otrząsa się, nastrasza wąsy i robi piersią.)
Cierpię? Zobaczysz co Bergerac umie.

De Guiche, któremu Cuigy szepnął coś do ucha.
Masz pan dość zasług już w karjerze swojej.
Jak wiem w Paryżu pan załogą stoi
Tych gaskończyków szalonych...

Cyrano.
Tak.

Jeden z Rycerzy, strasznym głosem.
Z nami.

De Guiche, przyglądając się gaskończykom, którzy uszeregowali po za Cyranem.
Więc ci panowie, z temi spojrzeniami
Tak wyniosłemi, są kompanją znaną
Owych rycerzy, tych sławnych?

Carbon de Castel-Jaloux.
Cyrano!
Zda się, że moi są tu wszyscy prawie,
Więc ich przedstawcie hrabiemu.

Cyrano.
Przedstawię!
(Postępując parą kroków do de Guicha, wskazuje na Rycerzy i mówi).
Gaskońscy to Rycerze są
Carbona de Cartel-Jaloux
Na wióry tną, bez sromu łżą,
Gaskońscy to Rycerze są.
Co chłop to herb, w szlachectwo dmą,
Przesadzi każdy zbirów stu!
Gaskońscy to Rycerze są
Carbona de Castel-Jaloux.

Bociani krok i orli wzrok,
I koci wąs, i wilcze kły.
Kanalję wroga zmiata w skok
Bociani krok i orli wzrok.
Ich stary pilśń w krwi nieraz mókł,
Pióropusz dziur pokrywa szwy,
Bociani krok i orli wzrok,
I koci wąs i wilcze kły!

Rębajło-Zuch i Przebij-Brzuch,
Przydomki to najsłodsze im.
Pijanym sławą jest ich duch.
Rębajło-Zuch i Przebij-Brzuch
Do schadzki tam kierują słuch,
Gdzie bój, gdzie wir, gdzie żar, gdzie dym!
Rębajło-Zuch i Przebij-Brzuch
Przydomki to najsłodsze im!

Gaskońscy to kadeci są,
Więc stary mężu, precz co tchu!
Choć żonka jędza-skuszą ją:
Gaskońscy to kadeci są!
Fujarki, piosnkę grajcie swą,
Kukułko, śpiewaj im ku-ku!
Gaskońscy to rycerze są,
Więc z drogi im, precz, precz, co tchu!

De Guiche, niedbale rozparty na fotelu, który mu podstawił z wielką atencją Rayueneau.
Chociaż poeta jest zabawka drogą,
Chcecie należeć do mnie?

Cyrano.
Do nikogo!

De Guiche.
Wuj mój Richelieu był w dobrym humorze
Po tej balladzie wczorajszej.

Le Bret, uradowany.
Ach Boże!

De Guiche.
Poprę was. Mówią, że pięcioaktową
Tragedję wierszem macie już gotową.
Zapewne ładna?

Le Bret, do ucha Cyrana.
Ach, słuchaj, Cyrano,
Twa "Agrypina" może będzie grana.

De Guiche.
Zanieście mu ją.

Cyrano, nieco ujęty i poruszony,
Doprawdy...

De Guiche.
On zna się.
Poprawi tylko parę wierszy w masie.

Cyrano, poważniejąc w jednej chwili.
Nie, nie, na myśl tę aż krew mi się pieni,
Że ktoś przecinek w moich wierszach zmieni.

De Guiche.
Lecz gdy do gustu wiersz mu kto ułoży,
To płaci drogo.

Cyrano.
Nie płaci on drożej,
Niż ja, co jeśli serdeczną pieśń zrobię,
Płacę, śpiewając ją samemu sobie.

De Guiche,
Dumnyś waść!

Cyrano.
Serjo? Czyście to spostrzegli?

Rycerz, wchodząc z kapeluszami, nadzianemi na szpadę. Kapelusze pomięte i podziurawione.
Oto są pilśnie tych, co wczoraj zbiegli.
Spojrzyj, Cyrano, to twoja zwierzyna.


fragment tekstu podano za:
Cyrano de Bergerac: Komedia bohaterska w 5 aktach wierszem / Edmond Rostand. Tł. Bolesław Londyński.
Warszawa: Druk Fr. Karpińskiego. 1898.
- 11 x 18 cm, 294 s.


Scena ósma.

CYRANO, LE BRET, RYCERZE, którzy zasiedli przy stołach z prawej i z lewej strony i którym dają jeść i pić.

Cyrano, kłaniając się z drwiącym uśmiechem tym, którzy odchodzą, nie śmiąć mu się kłaniać.
Panowie... żegnam... panowie...

Le Bret, zrozpaczony, wraca, wznosząc ręce do góry.
O nieba!

Cyrano,
Chce widzę gderać?

Le Bret.
Czyż dowodzić trzeba,
Że twe postępki to nic, jak przesada?
Taka okazja.

Cyrano.
Ha cóż! Trudna rada!
Przesadzam! Lecz gdy o zasadę chodzi,
O dobry przykład, przesadzić nie szkodzi.

Le Bret
Gdybyś poskromił zawadyacką duszę,
Sława, zaszczyty!..

Cyrano.
Tak, lecz na to muszę
Protekcyi szukać, obierać patrona,
Jak ta nić bluszczu, co to okręcona
Wkoło pnia, liże mu spróchniałą korę.
Nie siłą pchać się, ale przez pokorę.
Dzięki za łaskę, Mam pisywać ody
Na cześć bankierów, z błaznem iść w zawody.
W podłej nadziei, że nad moją zwrotką
Imć pan minister uśmiechnie się słodko?
Dzięki za łaskę. Jeść na codzień żabę?
Z dreptań, z zabiegów, mieć wnętrzności słabe?
Brudne kolana wyświecać przez dziury?
Widzieć jak w kabłąk gnie się grzbiet niektóry?
Dzięki za łaskę. Pieścić się z sarenką
Jedną, kapustę rosić drugą ręką?
Zadawać senes, żądając ryciny,
I w cudzej brodzie mieć swój cel jedyny?
Dzięki za łaskę. Brnij schodek po schodku,
Będziesz wielkostką w towarzyskim środku.
Płyniesz-madrygał niech wiosło ci zmienia,
Miej zamiast żagli starych bab westchnienia.
Dzięki za łaskę. U wydawcy swego
Wydać swe rymy, płacąc Nie, nic z tego!
Z grona pijaków powracać co rano,
By cię papieżem w szynku obwołano?
Dzięki za łaskę. Po jednym sonecie
Nie pisać innych i sławę mieć w świecie?
Mimo talentu, zostać szlamazarą
Lub gazeciarskich intryg paść ofiarą?
Drżyć, czy cię aby za twych rymów fury
Wymienić raczy "Francuzki Merkury"?
Dzięki za łaskę! Kalkuluj, bądź blady,
Składaj wizyty, miast tworzyć ballady?
Brr... Bać się czegoś, czegoś się spodziewać!
Nie, dzięki, dzięki, dzięki... Ale śpiewać,
Marzyć, śnić, śmiać się, wolnym biedź ku tęczy,
Mieć oko żywe i głos, który dźwięczy
Na bakier nosić pilśń i dla estymy
Bić się dowoli, albo składać rymy!
Hen, na księżycu odbywać obławy,
Nie dla fortuny, nie dla marnej sławy;
Nie pisać tego, co z ducha nie płynie,
I mówić sobie: - Chłopcze, masz jedynie
Kwiat, owoc, listek - niech cię to nie bodzie,
Wszak je we własnym uszczknąłeś ogrodzie!
A gdy się zczasem sukces jaki złowi,
Nic nie oddawać z tego Cezarowi
I nie myszkować, jak ów bluszcz w potrzebie,
Lecz mieć szacunek dla samego siebie!
Choćby się dębem ni klonem nie było,
Iść nie wysoko może, ale siłą!

Le Bret.
Nie jeden przeciw wszystkim, choćby siłą!
Gdzie do tej manii licho cię skusiło,
Że co krok stąpisz, zaraz się wróg bierze?

Cyrano.
Gdzie mnie skusiło, pytasz? W waszej sferze!
Tutaj, w tej sławnej fabryce przyjaźni,
Kędy w obłudzie sumienie człek błaźni!
Nie mnie smarować na karku zawiasy!
Cóż, że wróg jeden przybędzie do masy?

Le Bret.
Ach, to zboczenie!

Cyrano.
Tak, dążę ku zgubie!
Niech mnie nie cierpią, ja ten wstręt ich lubię!
Gdybyś ty wiedział, jak raźniej się kroczy,
Gdy cię ścigają nienawistne oczy?
Jak śmieszne plamy robi na kaftanie
Ta żółć zazdrosnych i to możnych plwanie.
Lecz zniewieściała przyjaźń w waszej sferze
Mnie przypomina te włoskie kołnierze
Wielkie a wiotkie, które pieszczą szyję,
Lecz się z nich czoło w pełni nie oikryje,
Bo głowa ciągle opędza się z niemi
I miruowoli schyla się ku ziemi.
Mnie zaś nienawiść dała ostrą kryzę.
Tedy z otwartem czołem, jawnie gryzę!
Każdy wróg nowy jest w niej fałdą nową,
Nowym promieniem łącznym z moją głową.
Nienawiść bowiem hiszpańska to kryzka,
Jest aureolą choć jak obręcz ściska.

Le Bret, po chwili milczenia, bierze go pod rękę.
Głośno miej w gębie żółć i pełno ostu,
Lecz z cicha powiedz-kocha cię? poprostu?

Cyrano, żywo.
Milcz!

(Przed chwilą wszedł Chrystjan i przyłączył się do Rycerzy. Ci ostatni nie rozmawiają z nim wcale. Ostatecznie usiadł sam przy małym stole, gdzie Liza go obsługuje).


Powyżej fragment tekstu podano za:
Cyrano de Bergerac: Komedia bohaterska w 5 aktach wierszem / Edmond Rostand. Tł. Bolesław Londyński.
Warszawa: Druk Fr. Karpińskiego. 1898.
- 11 x 18 cm, 294 s.

Poniżej napisy do filmu:
Cyrano de Bergerac 1990 reżyseria: Jean-Paul Rappeneau; scenariusz: Jean-Paul Rappeneau, Jean-Claude Carriere ; obsada: Gerard Depardieu, Vincent Perez, Anne Brochet ; czas 137 minut


Pieśń w tobie zagłusz,|Ragueneau,
nie czas na rymy, gdy ludzie|jeść pragną!
Rowki na bułkach rób szersze,
cezura środkiem,|między dwa półwiersze!
Ten pałac z grzanek dachem|pokryć można.
A ty kochany,|nie oszczędzaj rożna,
kładż po kolei indora|z kurakiem, przeplataj, synu,
z namaszczeniem takim,|jak Malherbe wiersze,
raz długi, raz krótki,|pieczyste w strofach!
Mistrzu dla ciebie|tę oto lirę wypiekłem w chlebie.
Lira!
Za moje zdrowie napij się wina!
Żona!|Uciekaj, a schowaj pieniądze!
- Spójrz, ładne, sądzę?|- Nic nie warte!
Torebki! Dziękuję.
Z książek mych ukochanych!
Wiersze przyjaciół zniszczone,|podarte!
Te wierszoroby twoje nieudolne!
Mrówko! Cóż winne ci|koniki polne?
- Torebki z rymów!|- Te ich rymy! Zgrozo!
Cóż w takim razie zrobisz pani|z prozą?
- Co dziatki chcecie?|- Trzy drożdżowe.
Świeże! Gorące jeszcze.
Prosimy w papierze.
- W torebce?|- No przecie!
Zawinąć?
"Tak jak Ulises wybiera się|na morze..." Nie, nie oddam.
"Wdzięk boskiego Feba..."|Ani tego!
- Skończyć to raz trzeba!|- Mam!
Pst! Dzieci!
Zwróćcie ten sonet natchniony,|dam wam sześć ciastek za trzy.
Poplamiony!|Słodka "Filis" w maśle!
- Która godzina?|- Boże! Siódma.
Brawo, widziałem walkę waszą.
- Którą?|- No, tę w pałacu.
- Pojedynek z ciurą!|- Utarczka w rymach!
Ciągle mówi o tem.
"W przesłance będzie trup!"|A potem...
Która godzina?
Dwie po siódmej. "Trup!"|Ach, stworzyć balladę!
- Co to wam w rękę?|- Nic takiego.
- Czy mieliście zwadę?|- Drobiazg.
Oj, kłamiecie.
Dałem tu schadzkę komuś,|zostawić nas zechcecie?
Nie mogę, wnet przyjdą poeci.
I za śniadanko każdy|wierszyk skleci.
Tu będziecie spokojni.|O, już są!
Drogi kolego!
Orle kucharzy,|czuć coś wybornego.
Febusie sosów!
Rożna Apollinie!

Mówić się nie ośmielę...
Może doń napiszę?
Tak, list.|Przemawiać to zbyt wiele.
Lira mnie karmi w życiu|po raz pierwszy!
Słuchajcie przyjaciele,|oto przepis wierszem.
Tak, słuchamy!|Jesz obiad?
Wieczerzę!
"Co się do ciastek migdałowych|bierze.
Ubij kilka w swą kopiankę|jaj na piankę,
zaś do pianki tej|cytrynowy sok lej.
Wolniusienieczko|wlej migdałowe mleczko.
Ciasto teraz weż pod wałek,|do foremki włóż kawałek
ostrożnie wielce,|wlewaj teraz po kropelce
piankę w formy i do pieca,|są gotowe, gdy dość złote.
Wyjmij, schrupać masz ochotę?"
- Czyś jest łakoma?|- Bardzom słodyczom rada.
Weżże sonet Benserada...|Napełniony bezami.
- Czy lubisz ciastka ptysiami zwane?|- Przepadam!
- Z kremem zawijane?|- Uwielbiam!
Zechciej pani te słodycze|wziąć ze sobą na ulicę.
Ale...
Zanim ich nie zjesz,|nie wracaj tu wcale.

Błogosławiona bądż chwilo|nad chwile,
gdy wy, o pani, aż tu przybyć|chcecie,
by swemu słudze coś wyznać|w sekrecie.
- Najprzód dzięki.|- Za co?
Ktoś możny mnie swata|z durniem,
co wczoraj tęgiego wziął mata|w waszym pojedynku.
- De Guiche?|- Mną zajęty,
jego chce dać mi za męża...
Przeklęty! Biłem się wczoraj|nie o nos mój, pani,
lecz o te piękne oczy wasze,|dla niej!
Ach, jakbym chciała,|nim sekret wyjawię...
byście mi znowu byli|bratem prawie, jak w Bergerac,
w parku, na jeziorze...
Bywałaś u nas w letniej porze,|Magdusia, jeszcze nie Roksana.
- Czy ładną byłam?|- Niebrzydką.
Gdy rana wam się na ręku|z draśnięcia zrobiła,
przybiegliście do mnie.
Jam ją opatrzyła i mówię z miną rodzicielki,|"Chłopcze, z ciebie urwis wielki."
Znowu?|W waszym wieku, z raną?
Pokażcie, gdzie wam ją zadano?
W bramie de Nesle była zabawa.
Walczyłeś?
Chwilkę. Nieważna sprawa.
Ilu? Mówcie, nim krew się|ostudzi, przeciw wam było?
- Wszystkiego stu ludzi.|- Mówcie!
Nie, dosyć. Lecz cóż takiego|wyznać mi chciałaś?
Teraz się ośmielę, gdy mnie|przeszłości wonie zaleciały.
- Ja kocham kogoś!|- Ten ktoś nie wie?
Ani w połowie się nie domyśla,|wkrótce się dowie.
Biedny chłopiec!
Kocha mnie z dala, miłości|trwoga wyznać nie pozwala.
Zostaw rękę,|gorączka jest w ranie.
Na jego ustach dostrzegam|wyznanie.
Dręczy się w tęsknocie...
a wiesz, kuzynie...|on jest w waszej rocie.
Jest kadetem w waszej kompanii.
Rozum i dowcip ma na twarzy|swojej, szlachetny,
dumny w swej żołnierskiej roli,|piękny tak...
- Piękny?|- Co wam jest?
Nic...
Trochę boli.
- Czyś z nim mówiła?|- Nie.
- To kadet?|- Kadet w gwardii.
Znasz jego imię?
Tak, baron Christian|de Neuvillette.
- Takiego nie ma.|- Jest, wstąpił dziś z rana.

Zjadłam już ciastka,|wszystkie, proszę pana.
To czytaj na torebkach wiersze!
Biedna istoto, wiem,|że lubisz szersze natury,
piękne słowa z mądrej głowy.
A gdybyż to był profan,|człek surowy?
On musi mówić jak człowiek|natchniony.
Czy to dlatego, że ma wąs|trefiony?
A gdy urodę szpeci w nim|duch karła?
Gdyby tak było, to bym umarła.
Przyszłaś, pani, po to tylko,|żeby powiedzieć mi o tem?
To bez pożytku, wyznać muszę.
Wpojono mi w duszę, że|Gaskończycy skłonni do zwady...
I mamy zwyczaj wyzywać|na szpady?
- Tak, ja drżę o niego.|- Nie bez racyji.
Wyście tak wielcy wczoraj byli,
tak wymownie|trwogą zdjęliście całą widownię,
że pomyślałam, gdy inni|postrzegą, że wy bronicie...
Baronka waszego?
Tak! Przy was nikt go|nie podrażni,
w imię tej naszej, Cyrano,|przyjażni.
Tak!
- Opiekunem bądż mu.|- Będę, pani.
- I w pojedynku nikt go nie zrani?|- Nikt, przysięgam.
Kocham was, Cyrano.|Muszę już iść.
Opowiedzcie mi tę niesłychaną|walkę dzisiejszą...
Niech on napisze do mnie!
Kocham was.
Stu przeciw tobie?
Muszę już iść teraz,|bywaj przyjacielu.
Niech do mnie pisze!|Stu ludzi? Tak wielu?
Co za odwaga, to budzi trwogę!
Tylko tyle zrobić mogę.

Oto on!
Panie de Bergerac!
Co za sukces!
- Jaki wyczyn!|- Niebywałe!
Trzydziestu rannych!
Walka ta doprawdy|godna jest antyku!
- Ekstrawagancka!|- Niezrównana!
- Tylu przeciwników!|- Bohaterze!
- On jest ranny!|- To tylko otarcie niewinne!
- Daj pyska!|- Opowiedz o tej bitwie słynnej!
- Tak! Opowiedz!|- Dosyć!
- Co tobie?|- Nic.
- Roksanę widziałeś?|- Nie.
Prawda to aby?
Doszły mnie słuchy o walce,|która
nie miała sobie równych!|Brawo!
A hrabia wie, co to brawura.
Bym nie uwierzył,|lecz ci panowie rzecz tę ponoć widzieli.
- Zaręczamy słowem!|- Stu na jednego!
Służysz waść, wnoszę z tego,|w tych Gaskończykach szalonych?
- W kadetach!|- Z nami!
Więc ci panowie z tymi spojrzeniami|wyniosłymi, są ową kompaniją znaną?
- Cyrano!|- Kapitanie?
Kompania nasza prawie|w komplecie,
czy przedstawić hrabiemu|nas zechcecie?
Humoru nie ma!
- Słucham?|- Dziś nic z tego!
Powiem kuplet zamiast niego!

Gaskońscy to rycerze są|Carbona de Castel-Jaloux,
Na wióry łżą, bez sromu tną...
Na wióry tną, bez sromu łżą,
gaskońscy to rycerze są.
Co chłop, to herb,|szlachectwo rwą...
W szlachectwo dmą|przesadzi każdy zbirów stu!
Gaskońscy to rycerze są|Carbona de Castel-Jaloux!
Bociani krok i orli wzrok,|i koci wąs, i wilcze kły,
Kanalię wroga zmiata w skok.|lch pilśń w krwi nieraz zmókł,
pióropusz dziur pokrywa szwy,|Rębjło-Zuch i Przebij-Brzuch,
przydomki to najsłodsze im,|pijany sławą jest ich duch.
Do schadzki tam kierują słuch,|gdzie bój, gdzie wir,
gdzie żar, gdzie dym!|Gaskońscy to rycerze są,
więc co tchu z drogi im!

Chociaż poeta zabawką jest|drogą, chcecie należeć do mnie?
Do nikogo!
Wuj mój Richelieu był|w dobrym humorze,
- po balladzie wczorajszej.|- Mój Boże!
Poprę was. Ponoć pięcioaktową|tragedię wierszem macie gotową?
Tak, prawda to!
- Tytuł?|- "Agrypina".
- Zanieście mu ją.|- Doprawdy?
On do dramatu pierwszy,|poprawi wam może nawet kilka wierszy.
Na tę myśl krew aż mi się pieni,|że ktoś przecinek
w moich wierszach zmieni.
- Dumnyś waść!|- Czyście to spostrzegli?

Oto są pilśnie tych,|co wczoraj zbiegli!
Spojrzyj, Cyrano,|to twoja zwierzyna!
Długo tę noc sobie powspomina!
Magnat, co ich Cyranowi|dał na rzeż taką,
- zżółknie gdy się dowie.|- Co to za magnat, wiecie?
Ja nim byłem!
Nie mogąc skarcić sam,|upoważniłem
ich do skarcenia pewnego pijaka,|co śmie urągać mi piosenkami.
Poetę, co przyjacielem moim.
Pozwoliłeś sobie...
Raczysz panie to zwrócić|owym sługom swoim?
Pozwoliłeś sobie|w planach mych przeszkodzić!
- W zabójstwie przeszkoda?|- Dość! Czasu szkoda!
Wychodzić!

Pan znasz "Don Kichota"?
Znam. Jest mi pokrewna|osobowość taka.
Chciej więc rozważyć tę rzecz|o wiatrakach.
W trzynastym rozdziale.
Kto na wiatraki rzuca się|zuchwale...
Miałbym atakować ludzi,|co idą z byle wiatrem?
Ten się zbrudzi, bo go ich|skrzydła, w kałuże błota cisną.
Lub na gwiazdy!
Przyznać wypada...
Podobać się nie muszę,|wiem, moja to wada,
nienawiść wzbudzać wolę!
Gdybyś poskromił zawadiacką|duszę, sława, zaszczyty...
Czy ja chcę taką dolę?
Protekcji szukać,|obierać patrona,
jak ta nić bluszczu okręcona|wkoło pnia,
liże mu spróchniałą korę,|nie siłą pchać się, ale przez pokorę?
Dzięki za łaskę!
Mam pisywać ody na cześć|bankierów,
z błaznem iść w zawody,|w podłej nadziei, że nad moją
zwrotką, imć pan minister|uśmiechnie się słodko?
Dzięki za łaskę!
Jeść na co dzień żabę?
Z dreptań, z ukłonów,|mieć wnętrzności słabe?
Wyświecać przez dziury|brudne kolana?
Giąć w kabłąk grzbiet|dla jaśnie pana?
Dzięki za łaskę!
Mimo talentu zostać ślamazarą,|lub gazeciarskich intryg paść ofiarą?
Drżeć, czy rym twój który|wymieni "Francuski Merkury"?
Dzięki za łaskę!
Kalkuluj, bądż blady,|składaj wizyty,
miast tworzyć ballady,|bać się czegoś, spodziewać...
Nie, dzięki! Dzięki! Dzięki!
Ale śpiewać, marzyć, śnić,|śmiać się,
wolnym biec ku tęczy,|mieć oko żywe
i głos, który dźwięczy,
na bakier nosić pilśń|i dla estymy bić się do woli
albo składać rymy!
Nie dla fortuny, nie dla marnej|sławy
pracować, ale dla zabawy|i na księżyc patrzeć!
I się nie prosić,|jak ów bluszcz w potrzebie
lecz mieć szacunek|dla samego siebie.
Choćby dębem ni klonem|się nie było...
Iść nie wysoko może,|ale własną siłą!

Powiedz lepiej prosto z mostu -|ona nie kocha cię? Po prostu?
Milcz!
Cyrano!
Powiedz, jak to było?
- Potem!|- Nie, teraz!

Musisz waść o jednym wiedzieć,|tu nikomu nie wolno o czymś
mówić, tak jak w domu wisielca|nie mówi się o stryczku.
- O czymże?|- Rozumiesz, paniczku?
Tego się tu nie wymienia,|bo się z nim będzie miało
do czynienia. A jeśli z kieszeni
chustkę wyciągniesz,|na całun się zmieni.

Kapitanie!
- Cóż tam?|- Co czynić,
jeśli któryś z południowców|zbyt czuje się ważny?
Pokaż, żeś z północy|i że też odważny.
Opowiadaj!
Na bój sam jeden szedłem.|Księżyc świecił jak zegar.
Wtem, dziwy! Jakiś nieznany|zegarmistrz troskliwy
czarnymi strzępy jął|trzeć tarczę srebrną,
aż noc sprowadził,|wcale niepotrzebną.
W ulicy ciemno.
Patrz wprost, czy z ukosa,|nie więcej widzisz, jak...
Jak czubek nosa.
Co to za jeden?
Przybył nam od rana.
Baron Chrystian de Neville.
Tak? Świetnie.
Doskonale...
Mówiłem tedy, że nic wcale|nie było widać.
Szedłem, myśląc sobie, że dla biedaka|panu przykrość zrobię,
- panu, co by mnie...|- W nos wyśmiał.
Zgniótł w gniewie!
A jednak szedłem podniecać|zarzewie i palec wetknąć...
- W nos!|- ...w szparę pomiędzy korą a drzewem,
choć pan dość pieniędzy ma,|by mi zmiażdżyć...
- Nochal.|- Siłę dłoni!
Lecz mówię, idż, synu Gaskonii!
- Idę. I oto staję łeb w łeb...|- Nos w nos.
Z hołotą setki opilców|borykać się muszę.
- Cebula bucha mi...|- W nos!
A, psie dusze!
Dwom skręcam szyje,|jeden ledwie żyw,
ktoś lamentuje w głos,|a ja mu na to...
Chcesz w nos?
Gromy piekielne!|Wychodżcie stąd!
Tygrys się budzi!
Wszyscy! Zostanę sam z nim!
Farsz zrobi z niego!
- Ze strachu umieram prawie!|- Ani kostki nie pozostawi!
O, zgrozo!

- Daj pyska!|- Panie...
- Zuch z ciebie.|- Ależ...
Uściśnij, z bliska.|Jestem jej bratem.
- Czyim?|- Jej! Roksany!
- O, Boże! Pan jest jej bratem?|- Bratem - kuzynem.
- I może wiecie...|- O wszystkim.
- Kocha mnie?|- Tak, ceni.
Jakem szczęśliwy, żem poznał|waćpana.
Nagły wybuch uczucia,|co za zmiana!
Przebacz!
Prawda, że młokos urodziwy.
Roksana dziś wieczorem czeka|listu twego.
- To niemożliwe!|- A to dlaczego?
Rozum mam za słaby by list|napisać taki.
Nie takiś głupi,|skoro czujesz braki.
Nie głupioś ze mną począł,|więc się nie łaj.
Na żołnierce trochę się|rozumiem, lecz przy kobietach...
tylko milczeć umiem.
Gdy idę, patrzą rozczulone...
Lecz gdy przemawiasz,|wielce zawiedzione.
Nie umiem mówić o miłości wcale.
Ja za to umiałbym doskonale,|lecz która mnie wysłucha?
Gdybym mógł mówić z tym|uczuciem szczerym...
Gdybym był pięknym, jak ty,|muszkieterem...
Roksana taka mądra, piękna|niebywale, a mnie brak wymowy.
Ja ci jej użyczę! Ale...
Od ciebie w zamian wezmę|wdzięków szanse,
stworzym rycerza - w kąt|wszystkie romanse!
Jak to?
Nauczysz się wszystkiego,|co ci podszepnę codziennie?
Ty chcesz...
Sam trudzić się będziesz|daremnie.
- Ależ Cyrano!|- Chrystianie, czy chcesz?
- Boję się, oczy ci błyszczą...|- Chcesz?
I to ci sprawi przyjemność jaką?
Będę się bawił rolą taką!
To dla poety pyszne|doświadczenie,
ty mnie dopełnisz,|ja zaś ciebie zmienię.
Ty mi dasz piękno,|ja myśl ci ozdobię,
ja będę cieniem kroczącym|przy tobie.
A list? Czy ja z własnej głowy|potrafię kiedy...
List jest już gotowy.|Poza podpisem nie brak niczego.
Możesz go wysłać,|to przecie nic złego.
Nam, poetom spod poły zawsze|sterczą takie epistoły,
do kochanek, co naszym są|tylko marzeniem.
Weż! Będzie pod wrażeniem.
Czy list pasować będzie|do Roksany?
Jak rękawiczka.
Słówka ci nie zgani.|Uwierzy, żeś pisał to dla niej.
Przyjacielu!
- I co tam?|- To ciekawe!
Więc można nos waści chwalić|bez obawy?


Akt pierwszy ; Akt drugi ; Akt trzeci ; Akt czwarty ; Akt piąty

Cyrano de Bergerac Edmonda Rostanda w Polsce

strona startowa - kliknij!
www.cyrano0.republika.pl
cyrano0@op.pl
Gabriela Bonk